2006
Mam kamyk
grobek pijany, nieoszlifowany
nie ciosający iskier - bo trup
w żłóbku ręki
zapomniany.
Nie mam kamyka
jest jamochłonem ciemności
teraz będzie szukał kropli
życzenia.
13.01.2006
prawda z radia
z telewizji w foliowym worku
trzepoczący się ptak
jednej z wielu prawd
na przystanku, z billboarda
naga litera tej prawdy
w gumowym futerale
jest neurożerną dżdżownicą.
18.04.2006
małą nóżką tańczy
pam pam...
niebieska pomarańcza
rozkrojona na połówki
na orbicie talerza
uśmiech elektryczny
pam pam...
w rękach
dyskotekowa kula
06.2006
Wczoraj wyciskałem żuka
nacisk był lekki słoneczny
jak drink w Las Cafe
gul gul..
Teraz tylko woda
mój wzrok balerina na lodowisku szyby
goni muchy pędziwiatr wróżka
zaklęta w oczy duperelka
chyba nicość.
gul gul...
Strzelam sobie promieniami
słońca w głowę by żyć i umrzeć
obłoki wylęgają się z jaj
w moim pokoju dwa nieba
niebieski ornament na
ciele które przecina anioł
gdy zapada ranek.
gul gul..
07.07.2006
nastał po kwietniu
który go zmienił
rozśmieszył
tłusty maj z bąkiem
u boku z czambułem
wiosennym wieńcem bzu
na czerepie i kiełbasą
w kieszeni zamknął
powietrze z butelki ciepłe
powietrze tej wiosny, pił
powoli zataczając się
mostem
pamiętam jak piekliśmy
liście przy ognisku twarzy
bursztyn nad morzem też
pamiętam fiołki głupie, ten sen
ten maj tak powoli
przeciskał się przez tygodnie.
12.07.2006
rodzice twierdzą że jesteśmy
biedni mówią synek i zakładają
mi na głowę hełm swoich wielkich łap
mówią mały strażak po dziadku
a mi się chce siku.
lubię zostawać sam
wtedy mogę wyjąć z kieszeni oko
perskiego kota co siedzi pod stołem
siadamy razem na perskim dywanie
śpiącym w babcinym pokoju.
wylatujemy przez okno
które uchyla się przed nami z ukłonem
otwierając krajobraz szybujemy chwytając się
zwisających ptaków w kolorze czerwieni
lecimy nieraz wyżej ponad lustrem nieba
na nieba morskiej przyczepie wirujemy.
budzę się zwykle przerażony
kiedy w domu wybucha kolejny pożar.
24.07.2006
dziad w rowie zgnieciony
skulony kawałek papieru
śpi w swej kolebce błotnistej
dziecięcej ze swym szklanym bawitkiem
słońce puste w czaszce
puszka ciała tęcza
dziad obok krzyża dziad
obok Matki
szmata cielesna
szary obłok na niebie
nietoperz pruje ściegi niebieskie
dziad leżący nago
na Księżycu
bez złota
i bez skrzydeł
28 Listopada 2006
jak to jest, umrzeć?
albo może inaczej, prosto z mostu
jak to się robi?
gdy dzień rozwielitka
młodszy od burej krwi
w tę noc zakładam palto
staję przed twoim oknem
nabalsamowany blaskiem Księżyca
cytuje sztylety w szklane
odbicie:
jak to jest, żyć?
tak po prostu, przemieniać wodę
w wino. krew baranka za winy
twoje
moje
i siebie samego
więc, nas wszystkich.
5 grudnia 2006